piątek, 21 kwietnia 2017

I po Świętach, które nas ominęły..

  I po.
Nie czułam Świąt.
Intuicyjnie? Możliwe. Bo poniekąd tak w pełni ich nie mieliśmy.
Choć zaczęło się wszystko tak fajnie i miło...



Wspominałam w poprzednim poście, że ze święconką miałam iść sama z Dziećmi. A tu niespodzianka i to jaka!!
Kiedy byłam jeszcze w porannych pieleszach, wstawiałam pranie poganiając Maluchy aby się szykowały, żeby iść z koszyczkiem, Mistrz stanął w drzwiach łazienki :)
Radocha Dzieci, moja zresztą też, była ogromna.  Dzięki temu szybciej się też wyszykowali ;)
Pojechaliśmy więc RAZEM święcić, a zaraz potem z życzeniami i światełkiem na cmentarze.
Wstrzeliliśmy się w piękną, jak na tegoroczne święta, pogodę, nie padało, nie wiało, nie było jakoś szalenie zimno i nawet przebijało się słońce dość często.
Ze święconką pojechaliśmy nie do swojej parafii, w naszej skutecznie odpycha i zniechęca wyniosły Proboszcz, typowy przedstawiciel polskiego kleru, niestety. Pan i władca, któremu dość mocno role się pomyliły...
Pojechaliśmy ponownie tam, gdzie niegdyś, mimo, ze spóźnieni przez niewiedzę, do której są święcenia, Ksiądz przyjął nas z otwartymi rękoma, bez zbędnych docinek, odprawił nam indywidualne  święcenie (rok 2014 - tu opisywałam).
I kolejny raz miło zostałam zaskoczona. Na terenie kościoła, proboszcz wybudował mini plac zabaw! Genialny pomysł. Jakże odmienne podejście niż ma nasz proboszcz. Pamiętne słowa naszego podczas mszy - "jeśli ktoś przychodzi z dzieckiem do kościoła i spędza z nim mszę pod kościołem, to lepiej niech w ogóle do kościoła nie przychodzi....". Tu Ksiądz wyszedł na przeciw, dziecko się nie nudzi, chętnie na mszę idzie, Rodzic uczestniczy w niej, nawet jeśli słyszy ją przez głośniki na zewnątrz - na prawdę, myślę, że mury kościelne nie stanowią żadnego problemu.
W kościele Tolcia na widok figury Matki Boskiej, westchnęła z zachwytem - ale piękna Siężniczka i ma tyle pięknych naszyjników i fiatków lóziowych...
Tymuś na duże zdjęcie Jerozolimy, wiszące nad grobem pańskim, zareagował - ale mała Warszawa...
Święcenia były dosłownie co kilka minut i trwały kilka minut i jak zawsze rozwalały mnie osoby wciskające na stół koszyczek pod sam koniec święcenia, zamiast odczekać chwilę na kolejne..
Jak wspomniałam, potem pojechaliśmy na cmentarze, po uprzedniej chwili na kościelnym placu zabaw.

Pierwszy Dzień Świąt spędzić mieliśmy u moich Rodziców. Zorganizowali go w tym roku na swojej działce z nadzieją, że pogoda dopisze. Pogoda nie dopisała, nie padało niby, ale wiało niemiłosiernie i było na prawdę zimno. Przyjechaliśmy jako ostatni, Była już Zuza z Mackiem i moja Siostra z Rodzinką. Potem na obiad jeszcze dojechał nasz Brat Cioteczny. Przybyliśmy przed 10.00 na świąteczne śniadanko. Tymuś był bardzo podekscytowany bo bardzo czekał na te święta i spotkanie rodzinne. Nic nie zapowiadało złego. Wysiadł z samochodu i zaczęło Go telepać niemiłosiernie. No było zimno, ale żeby aż tak?
Przywitaliśmy się z wszystkimi, zasiadamy do świątecznego stołu, a Tymuś mi mówi, że Mu zimno. Przytulam więc Go i w szoku jestem jaki On jest gorący. Mama daję termometr i po chwili widzimy 39.1 (!)
...
Nie chce mi się wierzyć. Rano niby jak wstał, oczywiście już przed szóstą z radości, że Święta i zajączek przyniósł mu książeczkę, to skarżył się przez moment na ból z w dole pleców, który Mu notabene szybko przeszedł i specjalnie nie przejęliśmy się tym, myśląc, ze źle spał czy wariując ze szczęścia świątecznego, gdzieś się uderzył.
Ale ta gorączka nagle, więc minę i myśli miałam już nietęgie.
Myśleliśmy, ze On aż tak może przeżywa i to z emocji, ale nie do końca dawałam wiarę.
Absolutnie nie chciał nic jeść, nawet słodycze Go nie cieszyły, ugryzł kawałek bułki, ogórka i zrezygnował z jedzenia. W jednej chwili oczy zaczął mieć szkliste, zrobił się apatyczny i taki biedny i smutny, że samopoczucie nie pozwala Mu na korzystanie z tej radości świątecznej.
Mistrz pojechał do jakiejś najbliższej apteki dyżurnej, kupił nurofen, bo przez myśl nam nie przyszło, aby go zabrać ze sobą, a Mama miała tylko leki dla dorosłych. Daliśmy Mu z nadzieją, że zbijemy dziada i będzie ok.
Udało się zbić do 37.8 i to jakoś przywróciło trochę sił Tymonkowi, na tyle, że trochę nawet pobawił się z Dziewczynami, ale to nie było to, na co czekał. A gorączka po niedługim czasie wróciła znowu do 39.2 i tak jeszcze dwa razy. Wiedziałam już, że to nie emocje. Pokładał się, zasnął też  z czasem, nie jadł nic, pił na szczęście. Wieczorem zaczął pobolewać Go brzuszek, wróciliśmy do domu i się zaczęło. Przebudził się i normalnie majaczył. Nie mogłam się z Nim dogadać w ogóle, a okazało się że zaczął się problem biegunkowy w spodniach od piżamy, czego w ogóle nie był świadomy.. w prysznicu nie mogłam Go utrzymać. Byłam przerażona i zaczęłam panikować przez łzy. Był cały czas gorący, mimo trzech dawek nurofenu i jednej paracetamolu. A niedawno przeczytana dramatyczna historia małej J w poście Ineski, nie pozwalała mi na zachowanie spokoju. W panice szukałam co i rusz plam na Jego ciałku.
Szaleństwo.
 Studził mnie Tomek. Noc ciężka, biegunka i gorączka. Ale Tymuś gdzieś o trzeciej nad ranem, powiedział, że spełniło się Jego marzenie, ze Tata z Nim śpi w łóżku... tyle dobrego. Kochane to nasze Dziecko. Spanie to zbyt duże słowo tej nocy, Tata wygięty w chińskie osiem, bo łóżeczko średniej wielkości, dziecięce ale Dziecko szczęśliwe chociaż z tego.
Rano zwymiotował. Nie chciałam już czekać, na nic studzenie mnie, to się czuje, a zresztą, od czasu kiedy kiedyś "czekaliśmy" trochę na siłę przez lekarza, skończyło się to bardzo źle. Dziś jestem mądrzejsza o doświadczenie i wolę być panikarą, niż coś przegapić.
Zapakowałam Tymonka do samochodu i pojechałam do znienawidzonej świątecznej pomocy. Bo moje Dzieci najbardziej lubią chorować w dni świąteczne, wszelkie wolne, długie weekendy, wtedy kiedy o pomoc lekarską najtrudniej. Nie wyobrażałam sobie jechać z Nim na typowy ostry dyżur, z Jego gorączką, samopoczuciem i biegunką z wymiotami, w tłum innych zdechlaków ziejących każdym możliwym zarazkiem. Zadzwoniłam do Falcka, okazało się, że w zasadzie nie ma nikogo w poczekalni więc pojechałam. Tomek został z Tolą. Miał pojechać do swojej Mamy - bo byliśmy na ten dzień Świąt z Nią umówieni, Ona nie wiedziała jeszcze nic o Tymonku. Mieliśmy być w kontakcie i na w razie Tole zostawił by u Babci.
Jak dojechałam na miejsce, w poczekalni było już kilka osób. Przyjmowało niby dwóch lekarzy, ale u jednego bardzo to się dłużyło, u drugiego był express. My trafiliśmy do tego co trzeba było dość sporo poczekać. Musieliśmy w tym czasie skorzystać ze szpitalnego WC, czego nienawidzę, ale nie było wyjścia, choroba nie wybiera. Tymuś był biedny i nieszczęśliwy bardzo.



Gdy weszliśmy do gabinetu, z miejsca oznajmiłam, ze nie wyjdę z niego jeśli nie zbadają moczu mojemu Dziecku, bo już raz tak mnie kiedyś zbyli i konsekwencje były tragiczne. Ale na szczęście tym razem trafiliśmy na jakiegoś rozgarniętego lekarza, na którego zresztą hasło "niewydolność nerek" podziałało odpowiednio. Przebadał Tymonka na wszystkie strony, wykluczył wszelkie przeziębienia itd i skierował nas na piętro wyżej na oddział pediatryczny z badaniami na Cito.
Na oddziale powiedzieli, że muszę iść do rejestracji przyjąć Tymona na oddział, nie chciałam przecież na oddział, chciałam zrobić Mu badania, bo w dzień świąteczny nie mam takiej możliwości nigdzie indziej jak tylko w szpitalu. Nie mniej jednak procedury i muszę iść do rejestracji.
Poszliśmy. Tam stos papierków, pytań itd. Wypełniam i tłumaczę w czym rzecz. Pani z rejestracji więc dzwoni do lekarki, lekarka prosi mnie do telefonu, tłumaczę lekarce, na co Ona odnoszę wrażenie nie słyszy nic, poza biegunką i wymiotami, oznajmia mi trochę tak, żeby chyba mnie lekko zbyć, że to "TYLKO" rota, ale dobra, przyjdźcie na oddział...
Lekko poirytowana idę więc z Tymonem na oddział z powrotem. Tam kolejny wywiad lekarski, badania i zdziwienie, że przyjęli nas na oddział a nie na izbę.
No właśnie, ja nie chciałam na oddział, ja chciałam wg procedur na izbę, aby móc zbadać dziecko swe.
Ale ok, badają dalej. Nie jest spuchnięty. Wiem, wtedy też nie był, a nerki już nie pracowały..
Tłumaczę, że ja nie dopuszczam myśli, że dzieje się już coś z nerkami, po to tu jestem teraz, aby temu zapobiec, aby dmuchać na zimne i znaleźć przyczynę i ją wyeliminować, zanim będzie za późno. Nie chcę już żadnych powikłań i niepotrzebnych problemów. Zaczynam odnosić wrażenie, że lekarka chyba zaczyna mnie rozumieć. Stwierdza, że jest odwodniony z wysokiej gorączki, biegunki i wymiotów i że zanim dostanie wyniki badań, chce Go położyć na kilka godzin pod kroplówkę, bo z tego odwodnienia nerki mu staną. Nie powiem, żebym była z takiej perspektywy zadowolona, a Tymon słysząc "parę godzin", zaczyna płakać.


Pobrali Mu krew, mocz, mocz na posiew, kał, wymaz i pokierowali nas na oddział.
- Gdzie Go położyć?
- na 13stkę , do Dawida, też biegunka..
Trochę mi się to nie podoba. Kładą Tymka do łóżka, podpinają kroplówkę i każą czekać na wyniki, żeby zobaczyć co dalej. Pytam Mamę Dawida, z czym leżą - ano Rota, od wczoraj...
Kuźwa.
Jednak tylko mi się wydawało, ze lekarka zaczyna mnie rozumieć. Jestem więcej niż przekonana, że u nas to nie rota. Ja brałam pod uwagę bardziej ból pleców, wysoką powracająca gorączkę, ból brzucha i przy okazji biegunkę, nudności, brak apetytu... lekarka wzięła pod uwagę tylko biegunkę, wymioty (razy jeden) i gorączkę. Wielu lekarzy jednak nie lubi rodziców z intuicją i zupełnie nie biorą jej pod uwagę.
Tymuś płakał, ja byłam strapiona, ale czekałam, co mieliśmy zrobić. Był odwodniony, miał prawo być, nie mi to oceniać, lekarz chyba wie lepiej. (?)
Każde pojawienie się pielęgniarki w naszej sali, wywoływało błagalne spojrzenie Tymonka i pytania, czy są już wyniki - nastawił się, że jak już będą, to wrócimy do domu.
U kolegi obok jak skończyła się kroplówka, oznajmił - możecie już iść do domu, ale macie fajnie...
Bo też nastawiony był, że po kroplówce wracamy.
Kochany mój.
Po jakimś czasie przyszła Lekarka. I oznajmia.
- no rzeczywiście, mocz nieciekawy, coś tam się dzieje złego, podejrzewam zapalenie układu moczowego, bardzo duże crp, leukocytoza z neutrofilią. Więcej nie wiem, bo tylko z takimi informacjami zadzwonili z laboratorium, na resztę czekamy, ale tak szybko raczej od nas nie wyjdziecie. Zaraz wdrożymy antybiotyk. To jedno, a drugie to biegunka, to raczej nie jest z powodu ZUMu, to rota.
Czyli jednak, intuicja mnie nie zawiodła, czułam, że coś dzieje się niedobrego, ale że rota? Byłam pewna, że Lekarka to już wie, więc przyjęłam do wiadomości, ale że ZUM i biegunka razem to nie? Hm...
 ... Objawy ZUM -  mogą być to bóle i tkliwość brzucha, brak łaknienia, kolka jelitowa, wymioty, biegunka i gorączka o niejasnej przyczynie. Bolesne oddawanie moczu, pieczenie okolicy ujścia cewki moczowej, częstomocz, bolesne parcie na mocz, mimowolne oddawanie moczu (moczenie), bolesność okolicy lędźwiowej, dyskomfort w podbrzuszu i gorączka. U starszych dzieci wstrząsanie okolicy lędźwiowej bywa bolesne (dodatni objaw Goldflama). Zmieniają się właściwości moczu: staje się on mętny, pachnie amoniakiem, może być ciemniejszy....

Dziwne tylko dla mnie było, że jeśli rota, to z Tolą wszystko jest ok, ale i tu mnie jakoś tak zbyła Lekarka, jak zaczęłam dociekać. Uprzedziłam siostrę, aby dziewczynki obserwowała, no bo duże prawdopodobieństwo, że i One rota złapały w takiej sytuacji. Lekarka wymijająco skomentowała, że teraz rota się nie przejmujemy, tylko skupiamy się na układzie moczowym. No w sumie tak, ja po to właśnie w Święta udałam się do lekarza z dzieckiem. Obawiałam się właśnie ZUM, a w najgorszym przypadku odmiedniczkowego zapalenia nerek
Odmiedniczkowe zapalenie nerek najczęściej jest wynikiem nieleczonej lub źle leczonej infekcji cewki moczowej lub pęcherza moczowego, która rozprzestrzeniła się do nerek. Wówczas należy jak najszybciej wdrożyć odpowiednie leczenie. W przeciwnym razie może dojść do rozwoju przewlekłego odmiedniczkowego zapalenia nerek, a w konsekwencji do niewydolności tego narządu. Jakie są przyczyny i objawy odmiedniczkowego zapalenia nerek? Na czym polega leczenie tej choroby?
Odmiedniczkowe zapalenie nerek to choroba, w przebiegu której, w wyniku stanu zapalnego, dochodzi do uszkodzenia tkanki śródmiąższowej nerek i komórek kanalików nerkowych. Nieleczona lub źle leczona może doprowadzić do nieodwracalnego uszkodzenia nerek, a w konsekwencji do ich niewydolności.
Czego objawami są:

Odmiedniczkowe zapalenie nerek - objawy

W ostrej postaci choroby objawem dominującym jest nagły, ostry ból w okolicy lędźwiowej (jedno lub dwustronny), który może promieniować do pachwiny. Ponadto pojawiają się objawy charakterystyczne dla zapalenia dolnych dróg moczowych:
  • stan podgorączkowy lub gorączka;
  • ogólne osłabienie;
  • nadciśnienie tętnicze;
  • dolegliwości ze strony układu pokarmowego: bóle brzucha, nudności i wymioty

Odmiedniczkowe zapalenie nerek - diagnoza

W pierwszej kolejności wykonuje się badanie moczu. Często występuje białkomocz i mniej lub bardziej nasilony krwiomocz. Wzrost liczby krwinek białych i bakterii w moczu jest umiarkowany. W badaniach krwi na stan zapalny wskazują podniesione CRP i OB. Stwierdza się także leukocytozę i wzrost poziomu mocznika, który wskazuje na zaburzenia pracy nerek. Równoczesny wzrost poziomu kreatyniny również może wskazywać na uszkodzenie nerek.

źródło

i na szczęście poszłam, dłużej już nie zwlekałam, bo szybkie wdrożenie leczenia, oznacza brak powikłań z powodu nieleczonej choroby. Gdyż już znałam diagnozę, poprosiłam, aby nas nie zatrzymywać, tylko pozwolić leczyć się w domu antybiotykiem doustnym. Ale Lekarka się nie zgodziła, bo przy tego rodzaju schorzeniach, dożylne podawanie leku, ma lepsze działanie i oszczędza nerki. A tu o nie chodziło nam najbardziej. Doustne leczenie będziemy kontynuować potem. Nie oponowałam więc. Przyjęłam to na klatę, gorzej przyjął to Tymon...

W przypadku wystąpienia objawów klinicznych ZUM lub ropomoczu u dzieci powinno się rozpocząć leczenie antybiotykiem (cefuroksymamoksycylina z klawulanianem). Im mniejsze dziecko, tym dożylna droga podania leku jest skuteczniejsza. Wymiotujące lub odwodnione dzieci powinny być leczone w szpitalu. Leczenie trwa zwykle ok. 7 dni, podawanie leku można kontynuować doustnie. Lżejsze postaci ZUM lub stany zapalne pęcherza można leczyć doustnie kotrimoksazolemtrimetoprimem lub furazydyną


Powiadomiłam Tomka. Zostawił Tolę u Mamy i przyjechał do nas. W międzyczasie do sali dołączył 2,5 letni Filip z rota (!!). 
Kiedy zeszłam na dół, aby przyprowadzić Tomka i złapać łyka kawy z automatu - bo tam ani bufetu, ani sklepu w pobliżu nie ma - choć w Święta i tak pewnie nic z tego czynne by nie było - ale spotkałam lekarza który nas skierował na badania i zaintereoswany spytał co z Tymkiem. Zmartwił się diagnozą, ale własnie z takim podejrzeniem wysłał nas na górę.
Na wieczornym obchodzie nie dowiedzieliśmy się w zasadzie nic nowego. Był już inny lekarz, lekarz totalnie niezorientowany w temacie, nie wiedział, że czekamy jeszcze na dalsze wyniki. Więc wiele pytań nie mieliśmy, bo i po co. Tomek został na noc w szpitalu, ja dość późno pojechałam do Jego Mamy po Tolcię. 


Po powrocie do domu, dopiero uświadomiłam sobie, że był to lany poniedziałek...
Rano zawiozłam Ją do przedszkola, powiadomiłam, że Tymuś nie pojedzie na pokaz iluzji, który zaraz po Świętach był zorganizowany dla Dzieciaczków. Ciocie zmartwiły się w przedszkolu i kazały przekazać Mu uściski.
Z przedszkola pojechałam prosto do szpitala, a Tomek ze szpitala do pracy.
Na porannym obchodzie - choć on tylko z nazwy był poranny - dowiedziałam się od innej lekarki, takiej kontaktowej na szczęście, że są kolejne wyniki i min rota zostało WYKLUCZONE!
Biegunka i wymioty to typowy jeden z objawów ZUM przecież...
No ba!





Miałam pioruny w oczach i złość mnie zalała. Nie odpuszczam więc i drążę temat.
Co my w takim razie robimy w tej sali?!!!
Lekko zmieszana i w sumie niczemu winna lekarka, przecież wczoraj jej tu nie było, nie ona nas przyjmowała - a szkoda - skwitowała, że dla wielu lekarzy jak widać biegunka i wymioty to tylko i wyłącznie rota.. Było już w sumie po ptakach, zostaliśmy rzuceni w paszczę lwa bez uprzedniego sprawdzenia czy faktycznie mamy to rota czy nie. Wynik był dopiero dzis, a może i wczoraj, tylko nikt tego nie sprawdził, a lekarz z wieczornego obchodu nie miał pojęcia o tym, ze na taki wynik jak się okazało również czekamy...

Nosz kuźwa!

Byłam wściekła, po prostu wściekła. 
Zalecenie - myjcie ręce. 
No a co niby robimy, i bez zalecenia i takiego splotu zdarzeń dla mnie to podstawa. My myjemy, ale reszta? Rodzice jednego z pacjentów niespecjalnie przestrzegali zasad higieny, a zresztą mieliśmy na sali jedną wspólną łazienkę. 
Pocieszałam się tym, że my byliśmy szczepieni, a Oni nie. I nawet jak się jakimś cudem  uchronimy przed wirusem, to chociaż przejdą dzieciaki nasze Go łagodniej, a nie jak te dzieci z sali. Bo ich chorowanie było dość mocno wyczerpujące i niekomfortowe dla nich samych. W międzyczasie jednego z chłopców Mama padła ofiarą rota. Ręce mi opadły do samej ziemi... tej z zarazkami wręcz. 
A co najśmieszniejsze - choć nie było mi do śmiechu w ogóle - to oddział na prawdę był stosunkowo pusty, co druga sala wolna. Można zatem było nas dać od samego początku na osobną salę, nie mając jeszcze pewności, bądź kompetencji w stawianiu diagnozy. Lepiej jak widać wróżyć z fusów i wrzucać wszystkich do jednego worka. Zwłaszcza, że na prawdę próbowałam przekonać Lekarkę do swoich racji i podejrzeń i gdybym tylko wtedy wiedziała, że ona jeszcze nie zna wyników a mimo to stwierdza rota i umieszcza nas na sali z chorymi na to dziećmi, to bym nie dopuściła do tego. Dziś jestem bogatsza o kolejne doświadczenie i nie pozwolę na taką ignorancję następnym razem. 

Ale mogłam tylko wtedy się wściekać, winnych już tam nie było. 
Ta nowa lekarka, dała mi ten komfort, że słuchała mnie przynajmniej i zleciła jeszcze usg nerek i całego brzuszka. 

Lekarz rozpoznaje ZUM na podstawie zebranego wywiadu, badania dziecka oraz wyników badań dodatkowych: moczu ogólnie, posiewu moczu oraz morfologii krwi obwodowej (wysokiej leukocytozy, zmienionego obrazu odsetkowego krwinek białych), przyspieszonego OB i zwiększonego stężenia białka C-reaktywnego (CRP) we krwi. U dzieci, zwłaszcza z pierwszym epizodem ZUM, należy bezwzględnie wykonać USG jamy brzusznej. O innych badaniach układu moczowego, pozwalających określić stan i czynność pęcherza moczowego (cystouretrografia mikcyjna) i nerek (scyntygrafia) powinien zadecydować lekarz, pediatra-nefrolog.

Wszystko na szczęście wyszło dobrze, antybiotyk zadziałał w mig, co ciekawe, w zasadzie od pierwszej dawki ustąpiła biegunka, gorączka i w zasadzie boleści brzuszka - co od razu powinno dać do myślenia lekarce twierdzącej, że Tymon ma rota. Antybiotyk nie leczy rota!
Ale tak to jest, jak to trafnie ujęła Marta w smsie - najgorzej to trafić w święta do szpitala..






Mimo to, kolejnego dnia też nas nie puścili, choć miałam nadzieję, widząc jak Dziecko nam odżyło. w przeciwieństwie do małych pacjentów obok, którzy naprawdę ciężko znosili swoje dolegliwości.
Ale nie, a czas dłużył mi się tam niesamowicie okropnie, do tego ta wewnętrzna złość na całą sytuację. Zuza z Maćkiem którzy przyjechali odwiedzić Tymka wieczorem, dostali w recepcji oddziału ostrzeżenie, że do trzynastki lepiej nie iść, bo to pokój biegunkowy i można paść jego ofiarą... super, nie.?! I nie ważne, że moje dziecko nie zaraża niczym, a przez czyjąś głupotę tą ofiarą mogło być. Ależ mnie to irytowało. Do tego pms i mieszanka wybuchowa gotowa...

Tego dnia Tomek wracając z pracy odebrał Tolę i przyjechał z Nią pod szpital, abyśmy mogli się wymienić. Łobuzy tęskniły już za sobą, więc pomachali sobie chociaż przez okno. 
Tak mi się przypomniał od razu obraz z czasu jak Tymuś machał z okna nefrologii malutkiej Tolci. Był wtedy młodszy niż Ona jest teraz...

Tolcia macha przez szybę drzwi do Tymonka
i Tola macha Tymonkowi w 2013

Kolejnego dnia obiecałam sobie, że wyjdziemy stamtąd chyba na własne żądanie, bo miałam dość. Tymona już roznosiło, ciężko Go było utrzymać w łóżku, jeden z pacjentów już też wrócił do życia i siłą rzeczy, jak to dziecko, zresztą sporo młodsze dziecko, chciało bawić się z Tymonem i Jego zabawkami, a ja się spinałam. I ten czas - on się tam taaaak niemiłosiernie wlókł, że myślałam, ze dostanę fioła normalnie. 

Podczas znowu z nazwy porannego obchodu, przyszła ta w porządku lekarka i powiedziała, że zrobimy znowu mocz i krew i jak wyjdzie wszystko ok, to nas wysyła do domu na dalsze leczenie. Uf!
i czekając na wyniki spoglądałam na zegarek, myśląc, że minęła godzina, a tam raptem 10 minut od ostatniego zerknięcia..
Szalenie parzył mnie ten szpital.






Wyniki były znacznie lepsze niż początkowe, zatem wychodzimy!
Wyszliśmy wczoraj po południu. Bałam się, że tak jak przy wypisie Toli, będzie się to ciągnęło do wieczora. To ten sam szpital.



Tymon był przeszczęśliwy, padł w drodze powrotnej. Jak tylko weszliśmy do domu, od razu Go wsadziłam do wanny a wszystko co mieliśmy na sobie, w torbach, walizce poszło do prania i szorowania. I co? I pralka powiedziała "fuck off"...

Ale najważniejsze, że już w domu. Siedzimy i się leczymy. Antybiotyk do niedzieli włącznie. Rota nas chyba oszczędziło, ale nie mówię hop, żeby nie zapeszyć..







Także, święta święta i po świętach..

Ale to tylko rota jakby co, nerki ocalone, a ten Maluch ma zdecydowanie gorzej - kto pomoże? Ręka w górę  - Wejdź i zobacz jak pomóc


Mówili, że żadne dziecko nie wygrało ze wznową tego nowotworu, że trzeba się pogodzić z tym, że Kubuś odejdzie. Że szansę na to, że uda się zwyciężyć raka, nie wynoszą nawet jednego procenta, że można mierzyć je tylko w promilach…
Tymczasem Kubuś wciąż żyje. Immunoterapia, ostatnia szansa na uratowanie jego życia, zadziałała! Trzeba jednak kontynuować leczenie, bo przerwanie oznacza tylko jedno – to, że rak wygra…
***
 I choć mała migawka tego zalążka Świąt. 
Koszyczki mieliśmy w tym roku dwa, żeby nie było kłótni, wiadomo.
Nie mieliśmy kiełbaski - zupełnie wyleciało mi z głowy, aby kupić, a do małeg koszyczka nie włożyłam soli i Tola to zauważyła oczywiście - mamusiu, a gdzie moja sola??




tu wspomniana piękna siężniczka..









Zajączek ( święty zającek wg Toli ) porozkładał też słodkie upominki w ogrodzie Rodziców i mimo, że Tymuś czuł się bardzo źle, to chciał ich poszukać. Biedny nasz, było Mu bardzo zimno, a żadnego ze smakołyków, nie zjadł po dziś dzień.










A tak wyglądała Wielkanoc w 2013 roku. Same małe Bąble nasze :) Wtedy z Tolcią były problemy zdrowotne i wizyta w szpitalu.



***

Mimo paskudnej pogody i zimnicy, wiosna na Wielkanoc piękna w ogrodzie Rodziców.
Miły akcencik na koniec








***
Czas już też na małą kosmetykę.
Znajdź różnicę ;)



***


20 komentarzy:

  1. Iwonko, czytalam i powiem Ci, ze narastajacym napieciu czekalam na rozwoj wypadkow :O Wspolczuje Wam tego stresu, smutku i niestety lez Tymonka!
    O lekarzach nie moge sie wypowiadac bo bylo by to bardzo przydkie i niecenzuralne!!!!
    Szkoda slow!!!
    Mam nadzieje, ze teraz juz zdrowko u Was zagosci? Wiosenki zycze, calujac was mocno :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje Ewus, to prawda, stres nas nie oszczędził. Szkoda mi tego naszego dziecka, bo tak czekał na te święta, a tu taki klops. Sam stwierdził potem, że to najgorsze dni w jego życiu.
      Cieszę się że i tak w porę zareagowalam i tego szpitala było tylko kilka dni i idzie ku dobremu. O lekarzach ... Och uwierz mi Kochana, też musiałam się powstrzymać aby nie napisać brzydko.
      Sciskam i wam też zdrówka życzę, dziękując za dobre słowo :*

      Usuń
  2. no to faktycznie..... mieliście święta...
    Ważne że już po i że jesteście w domku i powoli dochdzicie do siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pełną parą co..
      Ale już za nami, na szczęście.

      Usuń
  3. Współczuję bardzo pobytu w szpitalu. Dobrze, że szybko zareagowałaś i wszystko już opanowane. A z chorowanie w Święta, my byliśmy na dyżurze w Niedzielę Wielkanocną i 6.00 rano, bo Tadzik się rozkasłał. Na szczęście wygląda to na pozostałość po alergii. Ale pierwsza moja myśl - UPS świąteczne śniadanie w domu??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, czyli też mieliście świąteczną przygodę. No tak, dzieci uwielbiają chorować w takie dni.
      Ech :)

      Usuń
  4. O matko co za pech na same Święta.. :( Współczuję bardzo tego szpitala, tych nerwów.. Wyobrażam sobie jak się przestraszyłaś tą gorączką w niedzielę.. Ja też jestem teraz przewrażliwiona i boję się tych wszystkich bakterii, wirusów i chorób :/
    Biedny Tymonek, ale dobrze, że to już za nim i jest poprawa! Oby było już wszystko ok! Dobrze, że na rotawirus jest zaszczepiony (mój Junior też) to go pewnie uchroniło przed zarażeniem. Zdrowia życzę wam wszystkim!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta, to był pech, dobre słowo.
      Inesko, ja byłam na świeżo po Twoim poście... Ty sobie nie wyobrażasz, jak mi jego treść w głowie się kołatała. I cały czas nie mogę zapomnieć o tym dramacie :(
      Dobrze, że u nas już wychodzimy na prostą, ale stres mnie zjadł bardzo.
      Myślę, że szczepionka sporo nam pomogła, cieszę się poraz kolejny, że się na nią zdecydowaliśmy. Widziałam te dzieciaki nieszczepione, jak je ten rota sponiewierał..

      Usuń
    2. Ja też nie mogę o tym zapomnieć i zrozumieć tego, co się stało ;( Biedna mała Jowitka ;( Na zawsze pozostanie w naszej pamięci..

      A ja już każdą gorączke Syna, każdą chorobę będę przeżywać w strachu i niepewności..

      Usuń
    3. Na sepse jest rada. Podobno witamina c podawana dozylnie powoduje cuda I przywraca dl zycia. Problemem jest jednak to, ze lekarze nie chca wykonywac wlewu. Bazujac na ksiazce "Ukryte terapie" Jerzego Zieby dziecku w czasie choroby, powaznego zatrucia (np grzybami) podawac w bardzo duzej ilosci witamine C, ktora wydali toksyny z organizmu. Ja chlopca podaje witamine D3 oraz C codziennie I nie lapie ich nawet najmniejszy katarek.

      Usuń
    4. Inesko, historia Jowitki jest szalenie dla mnie niepojęta, niesprawiedliwa, straszna :(

      I wcale ci się nie dziwię że będziesz panikować.. Rozumiem Cię doskonale

      Usuń
    5. Chyba wiedza na temat tego że zwykła Wit c mogła uratować życie Jowitki, zabilaby jej rodziców.. czemu lekarze tego robić nie chcą, jeśli to takie proste?

      Ja też podaje dzieciom Wit D ale tylko w okresie bez słońca - zima/jesień. Podobno nadmiar witaminy D też nie jest wskazany. Wiec nie szaleje.

      Usuń
  5. Ale pech.. nacierpi sie Wam ten Wasz Synus. Jejku.. a czy mozna w jakos sposob wspomoc prace nerek? Czy sa jakies witaminy, jedzenie, ktore wspomogly by ich prace? Wspolczuje przezyc. Odpukac. Ja w szpitalu zostawalam tylko raz z Mlodym jak mial 5 tygodni i zapalenie oskrzeli. Koszyczki mieliscie piekne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano pech. Miniu, Wit nie, ale jak każdy powinien dużo pić, dbać o higienę, sikać jak się chce - nie wstrzymywac i zdrowa dieta

      Usuń
  6. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić ile nerwów kosztowała Was cała sytuacja. Najważniejsze, że jesteście już w domu i Tymuś dochodzi do siebie. Zdrówka. Mimo to rodzinne Święta za Wami, a ogród Dziadków bajeczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Mamatu :) Już nerwy za nami na szczęście, ale fakt, swoje przeszliśmy. Dziś to już historia i dobrze.

      Usuń
  7. Az lzy stanely mi w oczach przy zdjeciu biednego, placzacego Tymusia z wenflonem... :(

    Swieta mieliscie fatalne, bez dwoch zdan... Jedyne pocieszenie to, ze wyszliscie ze szpitala i Tymonek wraca do zdrowia! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Agatko!
      Bez dwóch zdań, ale tak, najważniejsze że już to za nami.

      Usuń
  8. Ech, od razu przypomniał mi się nasz ZUM, i nasz pobyt maleńkiej Elizki w święta w szpitalu :( Najważniejsze, że w porę zareagowaliście, i skończyło się tak, jak się skończyło... Ta nasza rodzicielska czujność jeszcze musi trochę potrwać...
    Piękny ogród Waszych rodziców. Na pewno wiele serca w niego wkładają.
    Ściskamy Was mocno, mocno.

    Ps. Pavlova wygląda cudownie :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Pavlova była obłędna, choć powiem szczerze że nie pamiętam jej smaku przez te perypetie swiateczno zdrowotne.
    Ogród coraz piękniejszy, rozkwita. Dziękuję

    OdpowiedzUsuń

Jest mi bardzo miło, że nas tu odwiedziłaś/łeś, a będzie jeszcze milej jak pozostawisz po sobie miły ślad :)
Wszystkie komentarze czytam i na nie odpowiadam. Pozdrawiam